niedziela, 22 września 2019

Tam gdzie benzyna tańsza od wody - część I



Kuwejtem, jako kolejnym miejscem mojej ptasiarskiej podróży, zacząłem interesować się już od kilku lat. Ten leżący na wschodnich rubieżach WestPalu niewielki, pustynny, kraj ma w swoim składzie awifauny "perełki", które kuszą 😉. Różnego typu uwarunkowania sprawiały, że wyprawa na ptaki do tego kraju, gdzie jeszcze przecież zupełnie niedawno trwała wojna, wydawała się logistycznie dosyć trudna. Nie latają tutaj tanie linie, turystyka jest póki co raczej słabo rozwinięta, potrzebna jest wiza, większość gatunków podobno jest do zobaczenia, na zamkniętych terenach, gdzie wstęp jest możliwy tylko z lokalnymi przewodnikami a cena tygodniowych ptasiarskich wycieczek organizowanych przez zachodnie biuro podróży czy też lokalnego przewodnika, przyprawiał o zawrót głowy. No bo wydać 1400 Euro na głowę (bez przelotów) to wydatek kosmiczny, jak dla mnie. Tym bardziej, że aby skompletować pełną listę gatunków po które się tu jeździ, trzeba odwiedzić ten kraj minimum dwukrotnie.

No ale w końcu, po długim szperaniu w internecie i cennych informacjach od skandynawskich i brytyjskich ptasiarzy (znajomych z Corvo) udało mi się zorganizować czterodniówkę w Kuwejcie (z przewodnikiem) w cenie bardzo korzystnej 😊. Wraz z Kasią, pełni obaw, ruszyliśmy więc nad Zatokę Perską.
Tanio docieramy liniami WizzAir do Dubaju. Lecimy tylko z bagażem podręcznym co bardzo ułatwia przemieszczanie się komunikacją publiczną. Mamy kilka nocnych godzin na zobaczenie czegoś z dubajskich atrakcji. Na lotnisku Al-Maktum odprawa graniczna przebiega bardzo sprawnie pomimo dużego natłoku turystów. Wykupujemy kartę NOL (srebrną), która jest niezbędnym "przyrządem" do poruszania się komunikacją publiczną i wsiadamy do autobusu nr 155, którym docieramy do stacji metra, która jest nieczynna. Tutaj okazuje się, że musimy przesiąść się na inny autobus - S1, którym docieramy do innej, czynnej już stacji. Niestety metro nie jeździ po nocy, ale udaje nam się dotrzeć ostatnim kursem do stacji Dubai Mall - w samo centrum miasta. W metrze spotykamy młodego Polaka z dredami na głowie, z którym ucinam krótką pogawędkę. W Dubaju jest nie po raz pierwszy, teraz leci do Indii. Zwraca nam uwagę, że trzeba uważać na linie dzielącą wagon na część męską i żeńską. Nie zastosowanie się do tego, ustalonego porządku, podobno grozi wysokim mandatem. Oczywiście my jesteśmy grzeczni i się stosujemy 😉. W wagonie bardzo "kolorowo". Metro różnych kultur 😊. Kierując się graficznymi wskazówkami wychodzimy na plac z kompleksem fontann. Niestety nie dane nam będzie obejrzeć pokazu łączącego grę światła, muzyki, strumieni wodnych wystrzeliwanych podobno na wysokość 140 m. Za to przed nami największy budynek świata - Burdż Chalifa. Wokół gęsto od "drapaczy chmur". Dubaj, zawsze kojarzył mi się z bogactwem i przepychem. Nie sądziłem, że kiedykolwiek potwierdzę to na własne oczy. Siadamy na trawniku, trochę przytłumieni niesamowitą architekturą, wcinamy domowe kanapki. Wystrój ulic i placów przypomina o zbliżającym się okresie świątecznym: oświetlone figury reniferów, iluminacje na drzewach a nawet postawiony bałwan. Trochę mnie to dziwi ale z drugiej strony czegóż nie robi się aby dogodzić turystom z Europy, którzy tłumnie zjeżdżają się tutaj na okres świąteczno - noworoczny zostawiając przy tym nie małe pieniądze. Wychodzimy na Bulwar Szejka Mohammeda bin Rashida. Łapiemy taksówkę. Sympatyczny kierowca o hinduskiej urodzie pomaga nam znaleźć bankomat. Za przejazd płacimy coś koło 50 zł.

Dubaj nocą - drapacze chmur w otoczeniu sztucznego jeziora z fontannami przy Burdż Chalifa
Pierwotnie Wieża Dubaju a obecnie, na cześć Prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Chalifa ibn Zajida Al Nahajjene - Burdż Chalifa - 829 metrów, 163 piętra użytkowe i koszt 1,5 miliarda USD. Najwyższy budynek świata robi wrażenie. 

Dzień 1 - Mamy szczęście

Do Kuwejtu docieramy rano liniami Kuwait Airways. Odprawa wizowa poszła błyskawicznie. Mając elektroniczną wizę trzeba tylko kupić znaczek w automacie za 3 KD. Warto więc mieć te kilka kuwejckich dinarów przy sobie. W Polsce nie jest łatwo je dostać (kurs 11 do 13 zł). Tak a propos waluty kuwejckiej to jeszcze nie spotkałem się z banknotami o nominale 1/2 czy 1/4 lokalnej "złotówki". Niestety coś nie zadziałało i nie spotykamy się tak jak było ustalone z naszym lokalnym przewodnikiem. Czekamy przed terminalem nr 4, rozglądamy się, niewątpliwie rzucamy się w oczy (mam lornetkę na szyi), jesteśmy jedynymi europejczykami. Nie można nas nie zauważyć. "Huston mamy problem !" Chyba po raz pierwszy w moich eskapadach nie mam planu awaryjnego. No ale trzeba się jakoś odnaleźć w tej sytuacji. Póki co bezpłatnym busem dojeżdżamy na terminal 1. Przy postoju taksówek, jak zresztą w każdym szanującym się kraju, znajdzie się zawsze jakaś duszyczka chcąca dorobić, jak to się mówi, "na boku". Ma na imię Sultan i za 5 KD zawiezie nas na Green Island. Oczywiście jest doskonale zorientowany, jak twierdzi, gdzie to jest itd. Okazuje się jednak, że po kilku kilometrach muszę przejąć kontrolę nad nawigacją 😜. Docieramy na rozległy parking. Przed nami Green Island. Ważna dla ptasiarzy miejscówka na m.in. persówkę no i kilka jeszcze innych gatunków topowych w Kuwejcie. Poza autem dogadujemy się, że o 15.00 Sultan wróci po nas i odwiezie do hotelu. W pewnym momencie przechodzi obok nas jakiś gościu z porządnym zestawem do fotografowania. Mijając nas rzuca "Dzień dobry". Pytam się Sultana czy Go zna. Na to Sultan, nie zastanawiając się, przywołuje gościa, coś w stylu "Ej, chodź no tutaj". Tak poznajemy Mika Pope, znanego tu ptasiarza i fotografika z RPA, który rezyduje w Kuwejcie, prowadzi też ptasiarskiego bloga 😊. Na swoim blogu Mike napisze później "Po przyjemnym porannym tenisie zaplanowałem spokojny spacer po Zielonej Wyspie. Kiedy przyjechałem, zobaczyłem parę z lornetką i kamerą, wyglądającą na trochę „zagubioną”. Mike jest niezmiernie sympatycznym człowiekiem, proponuje nam wspólne przeczesanie Green Island w poszukiwaniu persówki. Wstęp na wyspę kosztuje 1 KD, ale co ważne, jeżeli znudzi nam się chodzenie w parku, ale planujemy wrócić tu tego samego dania tylko później, trzeba przy wyjściu poinformować strażników. Zaoszczędzimy wtedy 1 KD 😉bo wejdziemy na ten sam bilet co wcześniej. Co prawda jest już dość późno, ale może jeszcze będziemy mieli szczęście. Przy wejściu do parku głośny i liczny tu bilbil białouchy otwiera moją listę zdobyczy na "kuwejckim froncie". Persówki niestety nie ma, jest już zbyt późno. Mike pokazuje nam rozłożysty krzew w którym najczęściej zbierają się one na nocleg. Kolejnym nowym gatunkiem jest wikłacz rdzawolicy. Obserwujemy  pięknie wybarwionego samca, który trzyma się stałego, niewielkiego rewiru w centralnej części wyspy. No i już jest pięknie 😀. Z innych gatunków spotykamy m.in. synogarlice senegalskie, łowca krasnodziobego i czaplę rafową

Bilbil białouchy (Pycnonotus leucotis)
Wikłacz rdzawolicy (Ploceus galbula)
Synogarlica senegalska (Streptopelia senegalensis)
Czapla rafowa (Egretta gularis)
Ponieważ do 15-tej mamy jeszcze mnóstwo czasu, Mike proponuje nam wspólne odwiedzenie zatoki Sulaibikhat, gdzie może trafimy na krabożery. Po drodze odwiedzamy kolejne miejsce na persówkę, a mianowicie ogród przy Kuwejckim Instytucie Badań Naukowych (KISR). Co prawda teren jest "ogrodzony" ale persówki, jak są,  bez problemów dają się obserwować też i zza ogrodzenia. Jednak dzisiaj nic z tego nie będzie. Jest już zbyt późno. Czekamy na brzegu na przypływ, który powinien przygnać bliżej linii brzegowej liczne siewkowce żerujące teraz hen, hen daleko. Niestety nie widzimy krabożerów. Bez lunety udaje nam się oznaczyć krwawodzioby, sieweczki pustynne, biegusy malutkie, zmienne. Obecne są flamingi, czaple rafowe w obu formach barwnych i siwe oraz mewy: śmieszki, żółtonogie i cienkodziobe. Co jakiś czas przemykają rybitwy krótkodziobe. Uwagę naszą póki co przykuwają śmieszne 2 gatunki skoczków mułowych: Periophthalmus waltoni (mniejszy ale za to bardziej czupurny) oraz Boleophthalmus dussumieri. Są "złodziejami czasu" 😉, ich gonitwy i walki można byłoby obserwować godzinami.


Zatoka Sulaibikhat przyciąga w okresie migracji tysiące ptaków wodno-błotnych 
Periophthalmus waltoni (ten mniejszy, cętkowany) i Boleophthalmus dussumieri
Boleophthalmus dussumieri w całej okazałości
Rybitwa krótkodzioba (Gelochelidon nilotica) w locie
Bilbile białouche (Pycnonotus leucotis) są wszędzie
Wracamy na Green Island. Po drodze Mike sugeruje nam abyśmy podczas pobytu odwiedzili tez mijany właśnie Shaheed Park, dobre miejsce na dzierzby. Żegnamy się z naszym doraźnym przewodnikiem. Mike proponuje abyśmy utrzymywali kontakt poprzez whatsapa, będzie starał się nam przesyłać na bieżąco miejsca obserwacji co ciekawszych gatunków. Na pamiątkę dostaje od nas wyprawowy T-shirt z krabożerem. Chyba jest mile zaskoczony.
Wchodzimy ponownie na Green Island. Zrobiło się tłoczno. No ale co się dziwić, mamy przecież piątek, a więc początek weekendu. Zaczyna się rodzinne grillowanie.

Green Island - pikniki rodzinne
Obchodzimy wyspę dookoła ale nie znajdujemy "nowych" ptaków. Odczuwamy już zmęczenie. Zbliża się 15, najwyższy czas udawać się na parking. Nasz Sultan spóźnił się dobre pół godziny wzbudzając w nas niepokój. Okazało się, że ... zaspał 😊. Docieramy więc do hotelu. Na oderwanym kawałku kartki nasz kuwejcki "przyjaciel" zostawił nam swój numer telefonu. Na wszelki wypadek. Cały czas nie daje mi spokoju dlaczego nie spotkaliśmy się z Pekką - naszym umówionym przewodnikiem. Hotel "Royal Inn" z królewskim mianem niewiele miał wspólnego. Grzyb na ścianie, o ręczniki trzeba było się upomnieć, przeciekający brodzik od prysznica a na dodatek uszkodzony zamek w drzwiach, który nie pozwalał zamknąć ich po wyjściu z pokoju. Ale generalnie czysto, trzeba pochwalić sympatyczną, zawsze uśmiechniętą obsługę no i dobrą lokalizację (blisko Carrefour z bankomatem, ulica z licznymi knajpami, no i nasza wypożyczalnia samochodów). Piszę maila do Pekki.

Dzień 2 - Jest 700 ! 


Udajemy się po samochód. Pojawia się problem, gdyż powinniśmy być po niego wczoraj wieczorem. Całkiem wyszło mi to z głowy. Ale udaje się pojazd zorganizować. Pojawia się kolejny problem. Okazuje się nim moje międzynarodowe prawo jazdy, oczywiście takie wydane w Polsce. Generalnie nie ma w nim podanych nazw krajów na obszarze których uprawnia ono do kierowania pojazdami. Trochę trwało zanim Ahmad potwierdził, że mogę jeździć. Trwało to wszystko długo, ale dzięki temu mogliśmy napić się dobrej kawy 😊. W końcu siadam za kierownicą Po raz pierwszy mam w rękach automat. Widzę trochę przerażenia w oczach Ahmada, kiedy obserwuje moje poczynania przy cofaniu. No ale szybko opanowuję wajchę od skrzyni biegów. Jedziemy na kraskę orientalną. Poruszanie się pojazdem po kuwejckich drogach, szczególnie w godzinach szczytu i w centrum miasta, stanowi nie lada wyzwanie. Z każdym przejechanym rondem nabieram jednak wprawy i strach powoli ustępuję. Docieramy do parku koło Adan Hospital. Kraskę namierzamy bardzo szybko. Siedzi sobie na czubku latarni przy parkowej alejce w otwartym terenie. Nie ma problemu z podejściem jej na kilkanaście metrów. Pięknie się ten dzień rozpoczął 😊.

Park koło Adan Hospital cieszył się tej zimy dużą popularnością wśród ptasiarzy. Obrała go sobie jako miejsce zimowania kraska orientalna (Coracias benghalensis)
Kraska orientalna (Coracias benghalensis) ostatnio pojawia się zimą w Kuwejcie dość regularnie, nie zawsze jednak w miejscu ogólnie dostępnym
Kraska orientalna (Coracias benghalensis)
Kraska orientalna (Coracias benghalensis)


Mike, zgodnie z obietnicą wczoraj podesłał nam lokalizację miejscówki na dżunglotymala afgańskiego. Co najważniejsze w miejscu gdzie nie trzeba nikogo prosić o zgodę na wejście, bo da się je obserwować z pobocza drogi 😊. No to trochę drogi przed nami bo prawie pod iracką granicę. Wydostajemy się w końcu poza strefę miejskiej zabudowy. Wokół nas surowe pustynne krajobrazy. Ruch na autostradzie niewielki. Mijamy ogromne obszary rafinerii, którym towarzyszą słupy ognia. Kopaliny to przecież główne bogactwo Kuwejtu. Z drogi dostrzegamy całe osiedla namiotowe. To zapewne miejsce zamieszkania robotników. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Tutaj jeździ się wyłącznie na benzynie, no i warto jest mieć gotówkę bo terminale płatnicze obsługują z reguły tylko lokalne transakcje. Za 2 KD wlewamy 23,5 litra benzyny czyli za litr płacimy ... polską złotówkę. W przydrożnym ruchomym sklepiku dokonujemy zakupu opakowania wody mineralnej płacąc za 4 litry - 1 KD czyli za litr płacimy aż 3 zł 😲.


Skoro jest pustynia muszą być i wielbłądy 😉

Miejscówka wskazana przez Mika do atrakcyjnych nie należy. Ogrodzone uprawy przy drodze, a w przydrożnych rowach po obu stronach m.in. padłe, rozkładające się owce. Godziny południowe nie prowokują ptaków do aktywności. Trwamy jednak w tym miejscu wzbudzając zainteresowanie mieszkańców, m.in. dwóch młodych kobiet jadących samochodem z dziećmi. Uśmiechnięte rozmawiają z Kasią pytając skąd jesteśmy i co tutaj robimy. Zatroskane pytają czy mamy wodę do picia. Po paru minutach wracają do nas z ... lodami 😄. Trafia się też i jakiś właściciel pobliskiego gospodarstwa, zapraszając nas w gościnę, jak już znajdziemy "tego ptaka". A tymala jak nie było tak nie ma. Mamy za to póki co dzierzbę pustynną - jakby nie było tick ! W końcu nasza cierpliwość zostaje nagrodzona. Kasia jako pierwsza dostrzega na ogrodzeniu przy drodze "dziwnego ptaka". Po chwili cieszymy się z obserwacji całego stadka dżunglotymali afgańskich 😊 . 

Dzierzba pustynna (Lanius isabelinus)
Poczęstunek - na ochłodę 
Dżunglotymal afgański (Turdoides caudatus) - jakby nie było nr 700 na mojej liście WestPalowej

Dzień 3 - Krabożery  


Godziny przedpołudniowe spędzamy w Parku Fintas. Stąd raportowano w ostatnich dniach kilka bilbili czerwonoplamych. Park jest niewielki, obchodzimy go kilkukrotnie ale interesującego nas pierzastego obiektu nie odnajdujemy. W stadzie wróbli za to udaje nam się wypatrzeć wikłacza rdzawolicego. Kawa z tutejszego Starbucksa smakuje wybornie. 

No gdzież te bilbile ?
Dzierzba białoczelna (Lanius nubicus)

Zbliża się południe więc czas na przemieszczenie się nad zatokę Sulaibikhat. Powinny być krabożery, jak informował nas wczoraj wieczorem Mike. Rzeczywiście są !!! Stadko ponad 30 ptaków żeruje dość blisko brzegu. Wpada nam kolejny "topowy" gatunek 😄.

Krabożery (Dromas ardeola)
Krabożer (Dromas ardeola)
Krabożer (Dromas ardeola)

Flamingi różowe (Phoenicopterus roseus)

Odpisał Pekka. No jest kwas. Podobno Pekka był na lotnisku a gdy nas nie odnalazł przyjechał do hotelu i na recepcji zostawił numer swojego telefonu. Sprawdzamy. Istotnie, pan recepcjonista przypomina sobie, że i owszem jest dla nas informacja 😠. Ręce opadają. No ale już się tego nie odkręci.

Dzień 4 - Persówki na koniec  

Ostatni dzień ptaszenia. Wcześnie rano podjeżdżamy pod ogrodzony teren KISR. Już z daleka widzę w czubkach krzewów kilka większych ptaków z długimi ogonami. Czyżby ? Po chwili nie mamy już wątpliwości. Stadko persówek, myślę, że ponad 20 ptaków zarówno dorosłych samców jak i ptaków w upierzeniu samic, które nocowały w gęstych koronach niskich drzew, budzi się do życia. Po kilkunastu minutach, w grupkach po kilka, zaczynają się rozlatywać. Uff !!! Tak więc wszystkie ważne gatunki z kuwejckiej zimowej listy odhaczone 😀.


Persówka (Hypocolius ampelinus) - dorosły samiec
Persówka (Hypocolius ampelinus) - dorosły samiec
Persówka (Hypocolius ampelinus) - dorosły samiec

Jedziemy do Shaheed Parku. Pod obszarem parku ogromny podziemny parking za free. Park z dużą ilością otwartych przestrzeni. Nic dziwnego, że to podobno dobre miejsce na dzierzby. Spotykamy Pekkę z grupą Finów. Wreszcie możemy sobie wyjaśnić jak to się stało, że spotykamy się w zasadzie dopiero w ostatnim dniu naszego pobytu. Myślę, że rozstajemy się w dobrej atmosferze. Umawiam się już z Nim na wiosenną wizytę. W paku spotykamy gąsiorki, dzierzby białoczelne, pewne dzierzby pustynne natomiast pewnych dzierzb rdzawosternych raczej nie widzimy, chociaż nie można też tego wykluczyć, bo młode ptaki obu gatunków są wyglądem do siebie bardzo podobne. Parki miejskie w Kuwejcie są bardzo zadbane i stanowią doskonałe miejsce do obserwowania ptaków. Najczęściej nie ma problemów z zaparkowaniem przy nich samochodów, a ponieważ są zielonymi wyspami z wodą przyciągają ptaki niczym magnes.


Shaheed Park
Shaheed Park
Shaheed Park
Czyżby dzierzba rdzawosterna (Lanius phoenicuroides) ?
Gąsiorek (Lanius collurio)
Dzierzba pustynna (Lanius isabelinus)

Shaheed Park był ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy w Kuwejcie w poszukiwaniu ptaków. Wyprawa, dzięki różnym zbiegom okoliczności okazała się nisko budżetowa ale pozwoliła na zaliczenie większości topowych gatunków ptaków z kuwejckiej listy 😉. Jednak z reguły nigdy nie jest tak, że udaje się zobaczyć wszystko. Wiosną trzeba będzie powrócić aby ta listę jeszcze uzupełnić. 

Bez problemów i dodatkowych kosztów udaje się nam zdać samochód. Jutro rano rozpoczynamy powrót via Dubaj do zimowej aury.





niedziela, 26 maja 2019

Sikorkowa "Miss"


Sikora lazurowa (Cyanistes cyanus) to dla mnie bez wątpienia najładniejsza przedstawicielka sikor w WestPalu. Żeby ją jednak zobaczyć trzeba włożyć niemało trudu. 
Ruszamy na Białoruś. Właśnie u sąsiadów znajdują się najbliższe lęgowiska tego gatunku. Zanim jednak znajdziemy się w dolinie Prypeci trzeba zdobyć wizę. Obecnie trochę poluzowano wymogi. Na pobyt do 10 dni wystarczy mieć potwierdzenie rezerwacji z hotelu koniecznie na jego firmowym papierze (my zdecydowaliśmy się na "Turovskie Legendy" w samym centrum Turova). Następnie wykupić ubezpieczenie w jednym z Towarzystw wskazanych na stronie Ambasady Białorusi (my korzystaliśmy z AXA) oraz pobrać, wypełnić i wydrukować wniosek o wydanie wizy. Tak zaopatrzeni udajemy się do Warszawy na ul. Wiertniczą 58. Obsługa bardzo miła, kolejki praktycznie nie ma. Zostawiamy paszporty z wymienionymi wyżej dokumentami. W zamian dostajemy kwit do wpłaty 25 euro za wydanie wizy, którą musimy zrealizować w Banku Millenium w dniu złożenia wniosku wizowego. Siedziba banku znajduje się kilkaset metrów od Ambasady. Potwierdzenie wpłaty okazujemy przy odbiorze paszportu.
Po 5 dniach roboczych ponownie jedziemy do Warszawy i odbieramy paszport z wizą. Można oczywiście korzystać z pośredników ale to kosztuje. 
Pierwsza przeszkoda pokonana. Jeszcze tylko trzeba wyrobić "zieloną kartę" na pojazd i można jechać. Ruszyliśmy w środę wieczorem, by koło 2 w nocy zameldować się na przejściu granicznym w Terespolu. Na tym przejściu panują jakieś dziwne "porządki" o czym mogliśmy przekonać się wyjątkowo boleśnie przy powrocie. Dotyczy to niestety strony ... polskiej. Na stronie białoruskiej trochę czasu zajmuje nam biurokracja, ale pogranicznicy i celnicy białoruscy są uprzejmi i starają się wyjaśnić, gdzie trzeba iść. Przy czym nachodzić się musi praktycznie tylko kierowca. Nie ma wielkich kolejek więc łącznie spędzamy na granicy około 1,5 godziny. Jeszcze tylko trzeba zaopatrzyć się w czytnik "BellToll" (obowiązkowy, system dróg jest płatny). Punkt, gdzie załatwia się tą sprawę znajduje się w Brześciu, około około 3,5 km od przejścia granicznego jadąc na Mińsk. Jest dobrze oznaczony. W punkcie płacimy (kartą kredytową) kaucję za urządzenie oraz wpłacamy orientacyjną kwotę wyliczoną przez Panią w okienku na podstawie naszego oświadczenia dokąd jedziemy (0,04 Euro za km). To co nie wykorzystamy i kaucję za urządzenie zostanie nam zwrócone po oddaniu urządzenia (nastąpiło to błyskawicznie - w dwa dni). 

Kołchozy, a jakże, tu się ostały a i chyba nawet nieźle "przędą"

Drogi na Białorusi, te przynajmniej z których korzystamy (M1, M10, P88) są przyzwoite. Trzeba uważać na fotoradary bo jest ich dość dużo, no i na progi zwalniające w mijanych miejscowościach. Poza tym jazda jest po prostu nudna. Kilku, a nawet i kilkunasto- kilometrowe odcinki dróg są proste, jakby wytyczone od linijki, pobocza pozbawione całkowicie drzew a krajobraz płaski jak stół, z polami ciągnącymi się po horyzont. Od czasu do czasu mijamy niewielkie obszary leśne. Bardziej zwarte lasy zaczynają się dopiero od Pińska. Co jakiś czas krajobraz "ożywiają" malowanki na elementach przyrody nieożywionej

Leśne ozdobniki w regionie homelskim

W końcu docieramy nad Prypeć i od razu kierujemy się na miejscówki koło wsi Ozerany, gdzie w zeszłym roku lazurki widział Jacek Tabor. Jest chłodno, żeby nie powiedzieć zimno. Ptaki jednak śpiewają. Niestety lazurki nie ma, chociaż po wyjściu z samochodu wydawało mi się, że słyszę śpiewającego samca. Nie było to jednak ekspresowe zaliczenie gatunku, bo śpiewała oczywiście ... modraszka. Może jesteśmy za wcześnie ? Nie, no przecież jest to gatunek osiadły. Póki co zajeżdżamy do Turova. "Turovskie Legendy" mają doskonałe położenie. Na przeciwko sklepy spożywcze, kawiarnia, restauracja (z kartą kuchni białoruskiej), bankomat, a z drugiej strony wystarczy przejść przez kładkę i znajdujemy się na nadprypeckich łąkach w obszarze ochronnym "Turovski Ług". Na terekię jednak trochę chyba za wcześnie. Warunki pobytu wyśmienite, bardzo czysto, parking wewnętrzny, aneks kuchenny, WiFi i to tylko 30 USD za pokój dwuosobowy. Polecamy. 
Nadrzeczne łąki są suche. Powiem szczerze nie tak sobie wyobrażałem w tym czasie dolinę Prypeci. Na niewielkich oczkach królują czajki i krwawodzioby, są też bataliony, poza tym krzyżówki, świstuny, cyraneczki, cyranki. W każdym razie jakiegoś "szału nie ma". W nadrzecznych zadrzewieniach i zakrzaczeniach sikory lazurowej też nie ma, za to są modraszki.
Sam Turov to spokojne miasteczko o przebogatej historii, którego początki sięgają X wieku. Drewniana, parterowa zabudowa sprawia, że mamy wrażenie jakbyśmy poruszali się po skansenie o niezwykłym kolorycie. Zabytkowa, wybudowana w 1810 roku,  drewniana cerkiew p.w. Wszystkich Świętych, na zewnątrz pomalowana na niebiesko, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak warto zajrzeć do środka, gdzie możemy zobaczyć m.in. stary, XVIII wieczny, ikonostas, a przede wszystkim, otoczone kultem jako cudowne, kamienne Krzyże Turowskie.


Turov, drewniana zabudowa 
Turov, drewniana zabudowa
Turov, drewniana zabudowa
Turov, Cerkiew p.w. Wszystkich Świętych z 1810 roku
Turov, wnętrze Cerkwi p.w. Wszystkich Świętych, ikonostas z XVIII w.
Późnym popołudniem lądujemy w knajpie, zajadając się białoruskimi dranikami (placki ziemniaczane z mięsem).
Wieczorem intensywnie poszukuję w necie wiedzy o aktualnych miejscówkach na lazurki. W ekspresowym tempie otrzymuję info z profilu Birding Belarus, a Pavel Pinchuk, zaprasza nas po szczegóły jutro, do lokalnej stacji ornitologicznej, gdzie pracuje. Nikt nie wspomina, żeby było na lazurki za wcześnie. Czuję się uspokojony. 

🔻

Rano obieramy kierunek na wioskę Kremnoje. Niby nawigacja każe mi jechać drogą asfaltową, ale jakieś przeczucie, kieruje mnie na polną, gruntową drogę, która po chwili staje się groblą, stanowiąc nie małe wyzwanie dla Kasi Škody. Wszystko to jednak nic w obliczu tego, że po ujechaniu może 100 metrów w zadrzewieniach przy kanale (52.069015, 27.760459) widzimy co ? Myszkującą, wśród intensywnie pylących na żółto wierzbowych bazi, pięknie wybarwioną sikorę lazurową !!! Oczywiście obok niej zaraz pojawia się para modraszek (konkurencja ?). Są też bogatka i czarnogłówka

Sikora lazurowa (Cyanistes cyanus)
Sikora lazurowa (Cyanistes cyanus)
Sikora lazurowa (Cyanistes cyanus)
Sikora lazurowa (Cyanistes cyanus)
Sikora lazurowa (Cyanistes cyanus)

Dojeżdżamy do wioski Kremnoje. Lokalsi, o ogorzałych twarzach, od razu domyślają się, że szukamy "biełajej sinicy". Jeden z nich twierdzi, że kilka dni wcześniej widział 2 ptaki koło jego domu. My niestety nie odnajdujemy wśród zadrzewień przy wiosce jak i w samej wiosce żadnej lazurki. 
Jedziemy do Stacji. Pavla co prawda nie ma, ale obecni tam ornitolodzy wiedzą po co przybywamy. Chętnie udzielają nam wskazówek i pokazują miejsca, gdzie ostatnio sikory lazurowe bywały widziane. My chwalimy się naszą obserwacją. Przy okazji dowiadujemy się, że istnieje strona belarus.birds.watch, gdzie można orientować się na bieżąco co i gdzie jest widziane (coś jak nasze ornitho.pl)


Turov, terenowa Stacja Ornitologiczna, ul. Novaja 48
Prypeć niedaleko Stacji Ornitologicznej

Jedziemy na kolejną miejscówkę wskazaną nam przez chłopaków ze Stacji. To mają być zadrzewienia przy niewielkim jeziorku (52.070943, 27.812089). Tradycyjnie już widzimy tylko modraszki. Sprawdzamy inny bar w Turovie. Ośrodek "Strumień" oferuje również noclegi, ale ceny są tu już znacznie wyższe, niż w naszej agrousadbie. Przed wejściem do baru stoją skrzynie z figurkami różnych gatunków kaczek. Strzelają w rezerwacie ? Trafiamy na imprezkę włoskich myśliwych. Konsumujemy kolejną białoruską potrawę - babkę kartoflaną widniejącą w menu pod nazwą "szeptucha" (wiedźma, znachorka). Figurki kaczek nie dają mi spokoju. U "kierowniczki" dowiaduje się, że Włosi jedynie śpią w ośrodku, a na polowania wywożą ich gdzieś na północ. Się panoszą. 
Pokrzepieni jedziemy na kolejną wskazaną nam lokalizację lazurki do miejscowości Olszany. Co prawda, nie dojeżdżamy do konkretnie wskazanego nam miejsca, gdyż mylę drogi. Droga przypominać zaczyna czołgowisko zostawiamy więc auto i idziemy na spacer. Opłacało się. W zakrzaczeniach nad strugą przy ostatnich zabudowaniach wsi Kasia obserwuje "naszą" kolejną sikorę lazurową (52.090242, 27.353659). Niestety mnie się już jej zobaczyć nie udaje, ale to znak że w tych okolicach lazurki jednak są. Słońce powoli zbliża się do linii horyzontu. Czas wracać. Powrócimy w te okolice jutro. 


🔻


Mamy szczęście do pogody. Kolejny słoneczny dzień. Wracamy do Olszan. Tym razem już wcześniej dokładnie naniosłem pinezkę w nawigacji. Mijamy jakiś gigantyczny kołchoz z uprawami pod folią. Na łąkach dziesiątki batalionów, kilka czapli białych i ... myszołów włochaty, pierwszy drapieżnik widziany przez nas od przybycia do Turova. Droga kończy się przy jakimś budynku. Dalej już tylko prypeckie rozlewiska. Rzeczywiście siedlisko dla sikory lazurowej chyba optymalne (52.125053, 27.354302). Tylko co począć jak oczekiwanej "miss sikor" nie ma. Oczywiście są modraszki. Znajdujemy gniazdo raniuszków, na silnym wietrze "buja się" samica błotniaka stawowegoprzy budynku odlicza się kopciuszek i pliszka siwa a na skraju drzew i otwartego terenu obserwacje prowadzi srokosz. Widać, że chyba zdjęć lazurki już nie poprawię. 


 Bob budowniczy czyli raniuszek (Aegithalos caudatus)
i jego dzieło
W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze w miejscu, gdzie wczoraj Kasia widziała lazurkę. Wędruję wzdłuż zadrzewionej strugi. Pełno mazurków, pojedyncze droździki no i dzięcioły białoszyje. Nie mogło być inaczej. Musiałem spotkać miejscowego "gadułę". Opowiadał o polskości tych ziem, o historii, o jego rodzinie, a na koniec stwierdził, abym powiedział w Polsce, żeby Polska upomniała się o te ziemie i ich rdzennych mieszkańców. Z kolei ja musiałem mu opowiedzieć po co przyjechałem, jakich ptaków szukam. No trochę czasu na razgaworze nam zeszło. Lazurki nie odnalazłem. W miejscowym markecie kupujemy pamiątki: obowiązkowo piwo, kwas chlebowy i "ornitologiczny, wysokoprocentowy płyn" pod nazwą "Dzika Kaczka". Powoli kończy się nasz pobyt na Polesiu. Jutro zweryfikujemy czy informacje o kilkugodzinnym oczekiwaniu na przejściu granicznym na wjazd do Polski są prawdą czy mitem.


Jedno z bocianich gniazd w Olszanach. Najpierw ... gra wstępna,
a później niezła akrobatyka

co za sprawność

🔻


PIĘĆ I PÓŁ GODZINY !!! Czyli PRAWDA, niestety. No może człowieka szlag trafić !!! Co ciekawe, na granicy białoruskiej idzie to bardzo sprawnie. Spędzamy na niej niewiele ponad godzinę i to tylko w wyniku zatorów tworzonych na polskiej stronie. A u nas, pełen rozmach, kilka kanałów. Jeden oznaczony, że dla obywateli EU, cztery pozostałe "wszystkie paszporty". Oczywiście ustawiamy się tam gdzie EU. No i z zazdrością oraz wzrastającą z każdym kwadransem wściekłością wręcz, patrzymy na przesuwające się samochody w sąsiednich korytarzach. Wreszcie oddajemy paszporty do rąk pogranicznika. Kasia nie wytrzymuje i wygarnia Mu co o tym bałaganie myśli. Też nie milczę. Chłopak chyba był zaskoczony opieprzem. Nam trochę ulżyło. No cóż On winy za to nie ponosi, co zauważył,  obiecał, że przekaże nasze uwagi swoim przełożonym, namawiał nas żebyśmy sami też skierowali nasze uwagi do szefostwa. Odniosłem wrażenie, że po tym spięciu, które zapewne słyszała też Pani celnik, jakoś sprytniej poszła kontrola tych kilku pojazdów z "naszej grupy". A może to tylko złudzenie ?
W każdym razie cała niedziela w drodze a to tylko troszkę ponad 600 km. Ten trud ponieść było jednak warto. 


Mazurek (Passer montanus) - najbardziej rzucający się w oczy gatunek podczas naszego wyjazdu





piątek, 15 marca 2019

Jak to Radek zrobił mi laskę czyli krótka opowieść nie tylko dla dorosłych


Dawno, dawno temu... Prawdę powiedziawszy to nie pamiętam dokładnie, gdzie i kiedy zrodziło się to ekscytujące zobowiązanie. Mogę jedynie przypuszczać. Nie było mnie przy tym, chociaż żałuję, bo musiało to wyglądać zabawnie. Ale zanim do meritum troszkę wprowadzenia. 
Na koniec 2012 roku miałem na swojej liście WP 427 gatunków. Najlepszy, Ernie Davis z Anglii, ponad 800. Następny rok obrodził w wyjazdy zagraniczne, zarówno aspirujące do miana wypraw (długoterminowe), jak i tzw. "szybkie strzały" (1-3 dni). Rok 2013 zamknąłem liczbą 504 gatunków.  Bez wątpienia byłem wtedy najbardziej aktywnym ciułaczem gatunków wśród polskich ptasiarzy 😋. 
Skowronik rudawy (Ammomanes cinctura) - 04.12.2013 - Maroko - nr 500
Rok 2013 to też przecieranie szlaków przez pierwszą polską ekipę na Corvo (Radek Gwóźdź, Paweł Malczyk, Wojtek Miłosz, Zbyszek Kajzer, Marcin Sołowiej). Długie wieczory na wyspie sprzyjają wszak dysputom na różne, niekoniecznie poważne tematy, i sądzę, że właśnie tam padło Radkowe zobowiązanie.
Dochodzimy do meritum.
W męskim gronie, pewnie przy piwie, zaczęto plotkować o mnie i moich WestPalowych zdobyczach. Jedni wierzyli w moje możliwości, inni powątpiewali, sytuacja wręcz książkowa do zakładu. Radek rzucił więc w świat deklarację "Jak zrobi 700 zrobię mu laskę"  Ba! Co niektórzy poszli nawet znacznie dalej w swych erotycznych wizjach, prawda Pablo😉? Oczywiście deklaracja Radka natychmiast zaczęła żyć swoim życiem. Mój ptasiarski blog, gdzie na bieżąco aktualizowałem listę widzianych w WestPalu gatunków zaczął być nagle odwiedzany po kilkadziesiąt razy na dzień. A ja parłem do przodu i w kolejnym, 2014 roku dorzuciłem kolejne prawie 70 gatunków, a w 2015 roku przekroczyłem w West Palu, 600 gatunków. Oczywiście wszyscy, będący w temacie, deklarację Radka a jakże pamiętali i przypominali Mu ją przy każdej nadarzającej się okazji. 

Lelek egipski (Caprimulgus aegyptius) - 01.04.2015 - Maroko - nr 600 
W następnych latach przyrost liczby gatunków na mojej liście nie był już tak dynamiczny. Zbyszek Kajzer rzucił przy jakiejś okazji, stworzenie funduszu wspierającego moje wyjazdy, abym czym prędzej te 700 gatunków osiągnął, bo to jednak głównie o brak funduszy rozbijała się ta moja mniejsza aktywność w tym czasie. Jaka szkoda, że się ta inicjatywa nie przyjęła 😔. 
W końcu nastał 2018 rok, w który wszedłem liczbą 682 gatunków. Do zrobienia pozostało tylko, a może aż, 18 gatunków. Postanowiłem więc, że te 700 w tym roku paść musi !!! Tym bardziej, że na wiosnę, jako pierwszy polski ptasiarz 700 gatunków w WestPalu przekroczył Jacek Tabor. Moje plany wypaliły no i na mojej liście jako nr 700 - pojawił się dżunglotymal afgański* 😃.

Dżunglotymal afgański (Turdoides huttoni) - 08.12.2018 - Kuwejt - nr 700

Radek mógł w końcu swoje zobowiązanie spełnić.  Nie wiedziałem do końca, co ale byłem pewien, że coś tam kombinuje. Miałem "coś" otrzymać podczas jakiegoś spotkania w szerszym gronie ptasiarskim, ale ponieważ w takich okolicznościach jakoś nie mogliśmy się spotkać, dostałem w końcu to (na szczęście nie tym 😉) pod domem. 



RADEK 
ZROBIŁ MI LASKĘ !!! 


Kostur, na 146 cm długi, z wypisaną ręcznie, czarnym flamastrem, moją listą 700 gatunków ptaków !!! 











Przyznam, że się troszkę wzruszyłem. To bez wątpienia, najpiękniejsza pamiątka związana z ptakami jaką dotychczas otrzymałem. Na kosturze jest jeszcze dużo miejsca - na pewno zmieści się tam kolejna setka gatunków. Radek obiecał, że mi je dopisze, ja ma m tylko "wziąć się do roboty" 😉. 

DZIĘKUJĘ RADKU !!!!

Tak oto historia ekscytująca ptasiarski świat dobiegła końca. Niektórzy zapewne są rozczarowani 😄. Ja póki co idę dalej, 800 to poważne wyzwanie 😊. Panowie i Panie może jakieś zobowiązania, zakłady 😉 ?


Oto jak "rosła" moja lista gatunków dla WestPalu w poszczególnych latach. Linia czerwona - nowe z Polski, linia żółta - nowe spoza PL, słupki - łącznie

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------    
* niestety, ciągłe roszady w listach gatunkowych, skreślanie jednych gatunków bo przestały być gatunkami, dopisywanie innych, nowych powoduje, że ciężko jest tak na dłużej zaprowadzić porządek w kolejności widzianych gatunków. No ale przecież to tylko zabawa 😉. Już dzisiaj wiem, że nr 700 na mojej liście stał się ... krabożer (według Birdwatching.pl) bo rangę gatunku stracił kulik kanadyjski, a z kolei na Netfugl.dk mam ... 699 gatunków, bo wyrzucono z listy dodatkowo jeszcze 2 gatunki z kategorii C w Niemczech: gęś łabędzionosą i amazonkę żółtoczelną. Radek, czyżbyś musiał robić drugą laskę ? 😀


wtorek, 19 lutego 2019

Wśród "morsów" i łysek zrodził się pomysł


Zbiornik Pogoria III w Dąbrowie Górniczej nie był mi dotychczas znany. Pomimo niewielkiej odległości od mego miejsca zamieszkania, jakoś nie znajdywałem motywacji do odwiedzin. Zmotywował mnie Radek Gwóźdź, prosząc z dalekiego Iranu, abym sprawdził zgłoszenie od Straży Miejskiej, czy przy molo jest jakiś osłabiony, wymagający pomocy, łabędź niemy. Wykorzystując piękne niedzielne przedpołudnie pojechaliśmy więc z Kasią "na ratunek". Spośród kilkudziesięciu łabędzi niemych żaden, na szczęście, nie potrzebował ratowania. Za to ilość łysek na niewielkiej powierzchni niezamarzniętego zbiornika zrobiła wrażenie. Około 300 ptaków !!! Istna czarno-biała tłuszcza !!! Ptaki zupełnie niepłochliwe, dokarmiane przez liczne grono spacerowiczów kukurydzą. Chleb był serwowany w zdecydowanej mniejszości. I to cieszy. Kiedy już przymierzaliśmy się do odczytywania zaobrączkowanych łabędzi, spośród karmiących ptaki,niczym Wenus z morskiej piany 😂, wyłonił się Jacek Betleja, tradycyjnie z dyktafonem, który właśnie w tę czynność był już mocno zaangażowany. No i tak patrząc na chodzące wokół nas po plaży łyski, podziwiając odwagę i determinację licznej "populacji" morsów taplających się w lodowatej wodzie, nie omieszkując skomentowania artykułu w "Braci Łowieckiej" zarzucającego nam, ornitologom, zabijanie ptaków podczas obrączkowania, zrodził się w naszych głowach pomysł … znakowania łysek na tym zimowisku wraz z wykonaniem pomiarów 😊. Postanowiliśmy spróbować za tydzień, żeby przynajmniej określić, jaką metodę łapania przyjąć no i jak na to będą reagować ptaki.

Zimujące łabędzie nieme, łyski i krzyżówki na Pogorii III
"Morsy" w kąpieli. Brrrrr 😉

Tak też się stało, w sobotę (16.02.2019) wcześnie rano wraz z Tobiaszem zajechaliśmy na plażę przy molo na Pogorii III. Mroźny, aczkolwiek słoneczny, poranek zniechęcał póki co spacerowiczów. Łysek i łabędzi nie ubyło. W oczekiwaniu na Jacka oddałem się fotografowaniu łysek. Trudno było sobie odmówić 😉. W końcu dotarł i Jacek. Dość sprawnie udało nam się złapać 5, a zaobrączkować i dokonać pomiarów u 4 ptaków. Ten jeden zdołał uciec Tobiaszowi będąc już w … worku, niestety nie zaciągniętym. No ale tak się zbiera doświadczenie 😊. Pozostałe łyski zupełnie nie reagowały na nasze odłowy. Metodyka jest, zapał póki co też, a więc następnej zimy będzie się tu działo 😋.

My obrączkujemy, a Tobiasz dokumentuje 
Pomiar długości nogi wraz z palcem
Zielonkawo-żółte zabarwienie na nodze świadczy, że w naszych rękach jest osobnik dorosły

A poniżej kilkanaście "artystycznych" zdjęć łysek 😉

Łyska (Fulica atra) - noc musiała być mroźna
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra) - chętnie wychodzi na ląd
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra)
Łyska (Fulica atra)